Nuda czy szaleństwo?

Ponieważ maj ma 31 dni, zgodnie z moimi wcześniejszymi planami otrzymujecie post bonusowy 🙂 A o czym dziś Wam opowiem? Cofniemy się o ładnych parę lat, aby przypomnieć nasze podróżnicze „szaleństwo” 🙂

 

Dawno, dawno temu…

 

… a dokładnie w sierpniu 2011 roku zdarzyło mi się trochę poszaleć za kierownicą 😉

Czytelnicy mojego starego bloga wiedzą o kłopotach z moim poprzednim (22 lata) samochodem, który po styczniowym zapaleniu i kwietniowym pęknięciu nagrzewnicy w czerwcu 2011 roku wylądował w warsztacie po raz kolejny…  W tym momencie stał się on dla mnie całkowicie bezużyteczny – koszty napraw były przytłaczające 🙁 Autko było oczywiście „na chodzie” – tzn. miało wymienioną instalację gazową i elektryczną, nowe „cosie” przy układzie kierowniczym (końcówki panewek????), nowe tarcze hamulcowe, nową nagrzewnicę, wymienioną butlę… ale stało się już raczej samochodem dla hobbysty-entuzjasty, który sam sobie będzie przy nim grzebał – zaczęłam więc marzyć, aby oddać samochód w dobre ręce za drobną opłatą 😛
Ponieważ ja już nim jednak jeździć nie mogłam (dużą rolę odegrał tu czynnik psychologiczny – tzn. pamięć kłębów dymu wydostających się spod maski), niezbędny stał się zakup nowego samochodu 🙂

 

Udane zakupy!

 

Nieoceniony okazał się tutaj nasz sąsiad (ekspert w tej dziedzinie), z którym wyruszyliśmy w ostatnią sierpniową niedzielę na wrocławska giełdę (odkryłam przy okazji, że mieści się ona przy siedzibie mojej „Rupieciarni” – która od tamtego czasu już dwa kolejne razy zmieniła lokalizację…). Udało się kupić autko. Był to 13-letni Opel Astra – nic szczególnego, relatywnie niedrogi, bez bajerów – dla mnie jednak cud techniki – okupiony pożyczką!
Gdzie tu szaleństwo?
Przyjechaliśmy z Kłodzka do Wrocławia. W ciągu niecałych dwóch godzin kupiliśmy samochód. Razem ze sprzedawcami pojechaliśmy… do Bolesławca, aby odebrać zimowe opony. Przez Wrocław wróciliśmy do Kłodzka – ponieważ była to moja pierwsza jazda samochodem ze wspomaganiem kierownicy, wolałam poćwiczyć to na autostradzie i znanej drodze, a nie tej wałbrzyskiej – kto jechał, ten wie… Ponieważ Mama także bardzo chciała doświadczyć przejażdżki nowym nabytkiem, gdzieś w okolicach Barda wymyśliłam, gdzie ją zawieziemy…

 

Spełnione marzenie 🙂

 

Moim największym marzeniem tamtych wakacji było obejrzenie haftowanej „Bitwy pod Grunwaldem” – dzięki Dobrym Ludziom dostałam zdjęcia, ale to przecież nie to samo… Zatem – po szybkim obiadku, o godzinie 16:00 porwaliśmy Mamę w tajemniczą podróż – o tym, że jedziemy do Częstochowy, dowiedziała się w okolicach Opola. Do Galerii Jurajskiej wpadliśmy biegiem na 12 minut przed jej zamknięciem! Do Częstochowy dotarliśmy co prawda w 3 godziny i 15 minut (230 km), ale trochę krążyliśmy po rozkopanych ulicach… Obraz udało się zobaczyć!
Potem wizyta na Jasnej Górze i około 21:00 wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu…
Dzielne autko pokonało prawie 900 km jednego dnia 🙂 Na szczęście w nocy prowadziła już Mama, a ja przysypiałam na tylnym siedzeniu…Przed pierwszą w nocy wróciliśmy do stęsknionych kotów 🙂

 

Nuuuuuuda….

 

Większość naszych wyjazdów jest jednak nudna… z punktu widzenia większości ludzi, bynajmniej nie z naszego! Uwielbiamy bowiem jazdę wolną…. Tak wolną, aby była możliwość fotografowania mijanych obiektów. Są to właściwie wycieczki krajoznawcze „bocznymi drogami”. Gdy mam bowiem do wyboru dotarcie gdzieś autostradą czy trasą szybkiego ruchu, wybieram dłuższy, ale o wiele ciekawszy dojazd przez małe miasteczka i wioski. Podziwiamy ukwiecone ogródki, malownicze pola, zatrzymujemy się, aby sfotografować ciekawe miejsca. Nie spieszymy się, bo naszym prawdziwym celem nie jest miejsce, w które jedziemy, ale droga do niego…

 

Zwolnij!

 

Zdejmij nogę z gazu. Spójrz na to, co masz za szybą. Zachwyć się łąką czerwoną od maków i polem rzepaku. Stań na poboczu, aby sfotografować stary wiatrak wśród łąk… Może nie dojedziesz na miejsce przeznaczenia tak szybko, jak zamierzałeś (a w końcu – warto wyjechać parę godzin wcześniej!), ale zyskasz coś, czego się nie spodziewasz… tylko zwolnij… a potem wróć tutaj i opowiedz mi, czy było warto 😉

26 Comments

  1. Bardzo fajny post :).

    Powiem Ci, że odważna byłaś robiąc tyle kilometrów dopiero co kupionym autem … Ale chociaż miałaś pewność, że jest na chodzie :).

    Super niespodziankę zrobiłaś mamie :).

    Też lubię robić zdjęcia podczas jazdy :).

  2. MS

    Lubię szaleństwa. Lubię jechać w nieznane, lubię jeżdzić powoli i fotografować, to co przy drodze. W temacie zakupu auta, to prawie dwa lata temu zrobilismy chyba najbardziej szaloną rzecz z możliwych. Odwieźliśmy mojego tatę po Świętach Bożonarodzeniowych na lotnisko i w drodze powrotnej entuzjastycznie stwierdziliśmy,ze zalukamy do dealera samochodowego. Nasz ówczesny citroen zacżął się sypać i każdego miesiaca wkładaliśmy do niego po 100 czy 200 funtów. Chodziło nam juz od dawna po głowach, że czas najwyższy na wymianę. Jednak my potrzebujemy auta 7-osobowego, zatem koszt nowego takiej klasy samochodu w naszym przypadku był poza wszelkim zasięgiem finansowym. Na kredyt też za bardzo nie bylismy chętni. Aż do tamtego dnia. W ciągu 2 godzin staliśmy się posiadaczami rocznej Zafiry, oczywiście na kredyt, który ciągnął się będzie za nami jeszcze 3 lata. Czy żałujemy? Nie…bo gdyby nie nasza Zafirka na pewno w zeszłym roku nie odwiedzilibyśmy Toskani, bo nie mielibyśmy czym. Nie mielibysmy równiez czym zwiedzać naszych okolic, bo sądzę,że nasze C8 już by i tak wylądowało na złomie. Pozdrawiam i życze wielu więcej szaleństw ;).

    1. Anna Kurtasz

      Szczerze powiem, że boję się szybkiej jazdy, chociaż na autostradzie jest ona w miarę bezpieczna, wiec zdarza mi się i takiej próbować 😉 Jednak częściej wybieram „boczne drogi” 🙂

    1. Anna Kurtasz

      Wiesz, dla wielu mandat jest niczym – stać ich (mnie nie, więc zawsze jeżdżę przepisowo, a pieniądze wolę wydać na benzynę, aby pojechać częściej lub dalej), w pewnym wieku (mówię o wielu młodych panach w BMW) nie myśli się ani o swoim, ani o cudzym życiu… Szkoda tylko, że obie te kategorie w celu oglądania widoków też się raczej nie zatrzymają 🙁

  3. Ja się trochę obawiam, że z moim obecnym autem zrobię to co ty zrobiłaś kiedyś ze swoim. Powoli jego naprawa staje się dla nas nieopłacalna. Ale póki jeździ to jeździ. Głównie po zakupy.
    Już się nie mogę doczekać kiedy moja noga będzie na tyle sprawna, bym mogła „poszaleć” za kierownicą 🙂
    Pozdrawiam

  4. Szalona dziewczyna z Ciebie! I to mi się podoba :). Masz rację, należy ściągnąć nogę z gazu i się zatrzymać. Masz rację najlepsza jest droga do miejsca docelowego a nie samo miejsce. Ja tak miałam jak jechałam do Ustronia Morskiego przez Pojezierze Drawskie. Oczu nie mogłam oderwać od tych pięknych widoków.
    A tak swoją drogą to uwielbiam jeździć samochodem tylko jako pasażer ;). Pomimo,że mam prawko nie czuję się kierowcą ;). Wpis bardzo fajny 😉

  5. Zdecydowanie rozumiem Waszą skłonność i uwielbienie dla wolnej jazdy. My z kolei jesteśmy łazikami i nie wyobrażamy sobie tak wpaść i wypaść, każde miejsce trzeba konkretnie złazić. Zajrzeć w zakamarki i niewielkie urokliwe uliczki. Ślę serdeczności!

Co o tym myślisz?